Widzisz posty znalezione dla hasła: oddział septyczny





Temat: poród wciąż nie po ludzku-jak długo jeszcze?
A mnie się wydawało, że te czasy kiedy ja rodziłam ponad 9 lat temu w jednym z
powiatowych szpitali dawno minęły. Generalnie może nie wspominam aż tak źle
samego porodu, jak pobytu później z dzieciakiem na oddziale septycznym i tym co
się tam działo. Ordynatorem ginekologii jest do dziś mój sąsiad. Podbuduwany
gratyfikacją pieniężna wręczona przez męża przekazał mnie w ręce swojego kolegi
mówiąc aby dobrze sie mną opiekował bo jestem jego sąsiadką. Rodziłam miesiąc
przed terminem bez wód płodowych. Zostawiono mnie na sali porodowej samą.
Chdziłam więc po odzdiale rodząc już. Weszliśmy z mężem do ubikacji, gdzie
oparłam się o umywalkę, bo taka pozycja przyniosła mi ulgę. Wiem od innych
mam , iż szukano mnie. Poród trwał długo, był 13-tego w piątek i jak mówiono w
żartach nikt nie zaryzykował rodzić dziecka pod taką data. Zostałam wygolona,
ale do lewatywy mnie nie zmuszano. Później tego żałowałam. Dziś wiem, że lekarz
wypchnłą ze mnie moje dziecko, kładząc się z całej siły na moim brzuchu. W
cześniej położna nacięła mnie i to tak niefachowo, że przez wiele lat
odczuwąłam tego skutki, a ordynator powiedział mi przy obchodzie, że nacinał
mnie chyba rzeźnik. Synka na moment położono mi na brzuchu. Zauważyłam jedynie,
że miał dziwny kształt główki. Lekarz powiedział mężowi, że to na skutek
długiego porodu i że wróci do normy. I tak się stało. Nie odeszło mi łożysko i
kolejny zabieg, kiedy byłam już barzdo osłabbiona ,pamiętam jak prze mgłę.
Prosiłam tylko,że by dali mi odpocząć. Często mdlałam na drugi dzień.Synek miał
mase badań, o kórych oczywiście nikt nas nie informował. Na oddziale była jedna
sala dla matek i jedno pomieszczenie z boksami dla dzieci. W nocy pielęgniarki
spały, podczas gdy dzieciaki płakały panicznie. I potrafiły się nie obudzić
będąc w tym pomieszczeniu. A my matki po płaczu poznawałyśmy, który maluch
płacze. W tym koszmarze przyszło nam spędzić dwa tygodnie, po których byłam u
kresu wytrzymałości. Wypisaliśmy dziecko na własne rządanie, przy czym
ordynator pouczał mnie, iz swoim postepowaniem moge doprowadzić do śmierci
syna. Ale to jak się okazało była najlepsza nasza decyzja. Syn w szpitalu miał
bakteriurie, za ktąrą winiono mnie. Miał wysoką żółtaczkę, niski poziom wapnia.
Dostał 9 pkt . Każdego dnia na obchodzie miałam nadzieję, że wyjdziemy, a
dowiadywałam się kolejnych złych wiadomości. Mąż nie widział syna przez około
tydzień, bo to oddział septyczny. Ja matka leżąć w sali obok nie mogłam go
widywać, bo albo spał, albo był pod lampami ( naświatlania z powodu żółtaczki).
Wyniki badań musiałysmy same podglądać w dokumentacji ukradkiem zresztą i tak
niewiele z nich rozumiejąc. Kiedy złożyłam skargę, że syn podczas naśweitlań
odsłania sobie rączkami okularki chroniace wzrok usłyszłam, że nikt nie będzie
go przezciez pilnować cały czas. Nie przynoszono go mi do karmienia co
strasznie przeżywałam. Jak później wyjśniono była to decyzja nie lekarza a
pielęgniarki, która uznała sama, że przy podwyższonym poziomie bilirubiny dla
dziecka lepiej jest jak jest karmione mlekiem sztucznym. W stosunku do nikogo
oczywiście nie wyciągnięto decyzji. Mąż zobaczył syna dopiero po interwencji.
Wchodził na oddział stosowanie ubrany w ochraniacze, podczas gdy po naszych
szafkach wieczorami zwłaszca chodziły kalaruchy. Ale te najwidoczniej
dzieciakom nie szkodzą, a ojcowie tak. Nawiasem mówiąc prywatne pacjentki
ordynatora miały zupełnie inne warunki. Cesarki były nagminne. Kiedy jedna
czekała na poród całą noc, bo nie wyraziła zgody na rodzenie bez niego, a potem
dostała strasznego krwotoku, trafiła na salę zabiegową pod specjalną opieke. Do
dziś pamiętam jak do dziecka wożono ją na łóżku. Jej rodzice i teściowie bez
ograniczen przebywali wówczas na oddziale. Podczas upokarzających obchodów
stale mówiono nam abyśmy okłady robiły we właściwych miejscach a nie na oczy.
Podpity lekarz na wieczornym dyżurze kazał nam uciekać z oddziału bo żółtki
atakują ( to aluzja do żółtaczek). Wieczorami zresztą przewijało się na sali
zabiegowej wiele prywatnych pacjentek lekarzy mających akurat dyżur. Podobnie
zreszta jak na aparacie USG otrzyamnym w darze od bodajże rządu szwajcarskiego.
Sama musiałam dwa dni po zrobionym byle jak usg płodu w przychodni umówić się
na prywatną wizytę do tegoz samego lekarza w szpitalu. Zdespeorwani wypisaliśmy
się z odziału. Wtedy dopiero w książeczce wyczytaliśmy informacje o uszkodzonym
barku syna ( zwichniętym). Wcześniej nikt nas o tym nie poinformował, chociaż
nie pozwolono mi przewijać syna, ani odwijać. Zaraz po powrocie do domu
wezwaliśmy na prywatną wizytę małżeństwo zaprzyjaźnionych lekarzy. Okazało się,
iż po zapoznaniu się z wynikami i wypisem oni nie widzieli podstaw do trzymania
nas tak długo na oddziale.Mały miał co prawda niski poziom potasu, ale w dolnej
granicy. A od tego sie nie umiera. Podawąłam synkowi witaminy, badałam krew i
nic się złego nie działo. A pleśniawka w buzi cały czas utrzymująca sie w
szpitalu zniknęła po dwóch dniach właściwej opieki. Najwidoczniej chciano miec
cały czas na septycznym obsadę i zwrot środków z Kasy Chorych. Przeglądaj więcej postów z tematu



Strona 2 z 2 • Zostało znalezionych 59 wypowiedzi • 1, 2